logo2_1.jpg

Ja Jestem… Otwórzcie przede mną drzwi…

Wpisany przez Andrzej Leja   

Wkrótce Święto Trzech Króli, a ja w imię tak ważnej  ,,pamięci” nawiążę do pewnej Mszy Świętej, która odbyła się   w naszym   leśnym kościółku w wigilię Święta Trzech Króli przed kilku laty.  Po krótszym niż zwykle kazaniu ksiądz zapowiedział wówczas  wystąpienie reżysera filmu pt. Ja Jestem, (pamiętacie, Szanowni? Ja pamiętam), którego projekcja miała  się odbyć zaraz po Mszy  i oto stanął  przed nami młody człowiek z brodą,  zaczynając  swą  pasjonującą opowieść.  Szczerze do bólu, prostymi słowami, opowiedział  historię swojej wiary. Patrzyłem wówczas uważnie  na twarze wiernych, zebranych w leśnej świątyni. Skupienie, uwaga,  a  także rosnące z każdą chwilą wzruszenie. Trudno  było uwierzyć, że temu na oko trzydziestokilkuletniemu mężczyźnie już za kilka miesięcy żona urodzi czwartego syna. Poprosił nas o modlitwę za żonę Agnieszkę, która była  mocno  przerażona faktem, że będzie miała w domu wkrótce, wliczając męża, piątkę chłopaków.  Modlimy się krotko, tymczasem Maciej Bodasiński  (to on był reżyserem filmu)  kontynuował  opowieść - świadectwo  swojej drogi do Jezusa,  a także miłości i ufności. Pod koniec  liceum był ciężko chory. Choroba miała podłoże lękowe. Bał się ludzi i zewnętrznego świata, nie znosił szkoły, większość czasu spędzając  w pokoju przed komputerem. Tylko tu, w tym swoim wyimaginowanym elektronicznym świecie czuł  się w miarę bezpiecznie.  A przecież miał rodzinę, siostrę i pracujących rodziców. Architektów. Dobrze zarabiających i – jak im się wówczas wydawało – dbających o dzieci. I tylko jednego - wspominał pan Maciej - nie było w jego rodzinie. Brak było miłości i obecności Boga. Dobrze przecież pamiętał te  milczące Wigilie z tamtego okresu. Gdy przy wigilijnym stole się w ogóle nie rozmawiało i nie śpiewało się kolęd. Tylko zdawkowe życzenia, jakieś prezenty  i przeżuwanie  potraw. Nikt nie chwalił, że smaczne. Nie dbał o świąteczną atmosferę w sercach. Nikt nie myślał o sferze ducha. Jeszcze gorsze dla kilkunastoletniego Maćka  było trwające 2 lata wzajemne milczenie rodziców,  komunikujących się wówczas – nawet przy dzieciach - na poziomie najprostszych słów, typu tak, nie oraz załatw to ty. Panicznie bał się wówczas ojca,  interesującego  się wyłącznie zarabianiem pieniędzy i piciem alkoholu, a nie mającego dla syna czasu. Unikał więc ojca jak ognia, czekając czasem długo na korytarzu aż wyjdzie on z pokoju, by samemu tam wejść. Strach przed normalnym codziennym życiem się pogłębiał.  Zaczął spędzać w necie większość  czasu. Spał po trzy, cztery godziny, reszta albo w szkole albo w sieci (dzień w dzień po więcej niż 10 wirtualnych godzin).  Kiedy ta czarna dziura wydawała się wieczna,  usłyszał od kolegi o kościelnym spotkaniu młodzieży z Jezusem. – Jak to spotkanie z Jezusem? Przecież Jezusa nie można spotkać. Jezus jest przecież gdzieś daleko, w jakimś nierealnym niebie.  Kolega się jednak upierał, więc Maciej dla świętego spokoju się zgodził. Pójdzie i pośmieje się  z naiwniaków.  Podczas spotkania młodzi jak on ludzie podchodzili do ołtarza, przyklękali, wypowiadając proste słowa wiary: Jezu jesteś moim królem. Kocham Ciebie…  Nie wyobrażał sobie, że mógłby coś takiego,  tam właśnie, przed wszystkimi, na żywo głośno powiedzieć. Przecież nie wierzył,  że Jezus istnieje. Gdy przyszła jego kolej, nawet nie wiedział kiedy uklęknął i zaczął mówić. Prosto z serca. Jezu, jeśli rzeczywiście jesteś, jeśli istniejesz,  to teraz, właśnie teraz  przyjdziesz do mnie, gdy tylko wypowiem te słowa. Jezu, jesteś moim królem…  I stało się. Jezus rzeczywiście odmienił życie Maćka. Wkrótce przyprowadził do kościoła na podobne spotkanie najpierw swoją siostrę, a później matkę.  - Chodźcie, tam Jezus na nas czeka. Ja wiem, że czeka, bo właśnie przyszedł do mnie. Po raz pierwszy tak bardzo tego chciałem. Po raz pierwszy tak szczerze o to poprosiłem,  więc przyszedł… Gdy już we troje błagali ojca, by poszedł razem z nimi na spotkanie z Jezusem, ten zbeształ ich najgorszymi słowy. Maciej zauważył jednak wielką zmianę w matce. Jeszcze nie tak dawno,  zwracając się do ojca, wyłącznie gderała,  wyrażając jakieś ciągłe pretensje i żale, teraz zaś potrafiła przytulić się doń w milczeniu. Tak po prostu. Jak kochająca żona. Przyszła też zmiana w sercu ojca. Sam wyszukał wyjazdowe rekolekcje i wziął w nich udział.  Dzięki Jezusowi odmieniło się życie całej Maćkowej rodziny. – Codziennie modlę się do Boga i naprawdę czuję jego obecność w swoim życiu, w życiu całej naszej rodziny  – mówił  do nas podczas tej długiej Mszy Świętej. Bardzo  szczęśliwy. Potem, zaraz po Mszy Świętej,  obejrzeliśmy  jeden z jego filmów. Ja Jestem. Świadectwa wiary zebrane w Jerozolimie, Boliwii, Ruandzie, USA, we Włoszech  i w Polsce, w Sokółce, gdzie kilka lat temu wydarzył się cud objawienia na opłatku fragmentu  serca. Podczas projekcji filmu cisza i skupienie. Gdzieniegdzie  słychać było odgłosy  charakterystyczne dla chwil  wzruszenia. Nikt się nie spieszył do domu,  to była  ta jedna z tych cudnych chwil, gdy grzeje nas miłość i modlitwa. I niech nas wciąż grzeje miłość Boga do nas i nasza miłość do Boga w całym Nowym 2019 Roku. Tego wszystkim Państwu życzę. A o ważnych chwilach przeżytych w życiu nie zapominajmy, bo w takich chwilach Bóg jest  naprawdę bardzo blisko. W ten wigilijny wieczór Święta Trzech Króli, który wspominam w dzisiejszym felietonie,  czułem Jego obecność bardzo wyraźnie. Nie przegapmy takich chwil…

Andrzej Leja

 
Tu jesteś: Parafia Felietony Ja Jestem… Otwórzcie przede mną drzwi…
stat4u