Pozwólcie Szanowni, że przed Świętami Wielkiej Nocy wspomnę o pewnym spektaklu. Trudno uwierzyć, że minęły już 44 lata od artystyczno-chrześcijańskiego wydarzenia w Teatrze Nowym w Łodzi (byłem wówczas maturzystą) , którym stał się spektakl wyreżyserowany przez Kazimierza Dejmka na podstawie anonimowych XV-, XVI-, XVII-wiecznych tekstów opisujących mękę Chrystusa. Dialogus de Passione, albo Żałobna tragedyja o Męce Pańskiej. Oglądałem ją także 23 lata później w Teatrze Narodowym w Warszawie (również w reżyserii Dejmka), w świetnej obsadzie, z Łukaszewiczem (tak, tym samym, który teraz się wygłupia startując w wyborach z Biedroniem), Tobiaszem, Baerem i Budzisz-Krzyżanowską, niemniej to ten łódzki spektakl pozostał w mym sercu do dziś. Ze względu na legendarną aurę jaka panowała w tamtym czasie wokół Dejmka. Po wyrzuceniu z Teatru Narodowego za wystawienie Dziadów (pamiętne rozruchy studenckie’ 68) i krótkim okresie emigracji znalazł on pracę w Łodzi, w Teatrze Nowym, przy Więckowskiego. Powrócił więc na stare śmieci, bo to w Nowym zaczynał swoją reżyserską karierę, w latach 50. Jego powrót był pewnie dla niego degradacją zawodową, niemniej dla miasta Łodzi stał się w latach 70. teatralną nobilitacją. Genialny Dejmek na prowincji (niech łodzianie mi wybaczą), dzięki czemu ,,prowincja” przesunęła się mocno w kierunku centrum polskiego teatru. Na jego Mękę Pańską szły tłumy, nie tylko łodzian (przyjeżdżano z całej Polski), choć spektaklu nie wolno było reklamować, czerwoni spuścili kurtynę milczenia zarówno na Dejmka, jak i na ważny dla katolików temat. Co jednak zakazane, najlepiej smakuje. Pocztą pantoflową, przez Zdzisia, znajomego Pysia, oraz przez Pysię-Zdzisię, dowiadywano się, co przygotował Dejmek w Teatrze Nowym, a temat Pasji dodawał sytuacji mocnego atutu. Moim zaś było to, że wuj Tadeo, teatralny krytyk, załatwił mi bilet na samą premierę. Był wrzesień 1975 r. Niezapomniany teatralny wieczór. Dejmkowska Pasja to wyobrażenie Chrystusa zaklęte w rzeźbach: Jezusa triumfalnie wjeżdżającego na osiołku do Jerozolimy, Jezusa biczowanego, frasobliwego, wreszcie ukrzyżowanego. Sięgam do zakamarków pamięci; tak, to był spektakl niezwykłych emocji. Pamiętam przepiękny sceniczny ,,wjazd” Chrystusa w Niedzielę Palmową (za dwa dni znów go przeżywamy!): oto orszak chłopców i dziewcząt z rozpuszczonymi włosami, w sandałach, w bieli, ciągnie rzeźbę Jezusa na osiołku. Kolejny trwały i ostry obraz w pamięci to żołnierze znęcający się nad figurą Chrystusa, bijący ją, plujący na nią, kopiący Chrystusa (sic!). Pamiętam też oczywiście reakcje widzów. Bardzo silne emocje, zaskoczenie, szok, ale też zachwyt sugestywnością przeżywanych scen, na koniec oczywiście standing ovation. Muszę jeszcze wspomnieć o niezapomnianym Bogdanie Baerze, brawurowo grającym Woźnego (zagrał go także 23 lata później w warszawskim spektaklu!). Gdy wzywa go Kajfasz, wchodzi służalczy, podły, nadgorliwy, napawający się tym, że budzi przestrach. Trzymał publiczność w złowrogim szachu jak w kleszczach. To on obwieszczał światu, że oto ,,zapadł wyrok zwierzchności w sprawie tego zwodziciela. A kto by tego skazanego w dom przyjął, będzie z miasta banitowan, a kto by mu pomagał, może życie postradać!”. Niesamowite, jak wciąż aktualna jest Męka Pańska w wielu miejscach świata, gdzie prześladuje się ludzi jedynie dlatego, że są chrześcijanami i przyjmują Chrystusa ,,w dom”, wierząc w niego, czcząc i kochając, ufając mu i wierząc w Jego miłosierdzie. W Syrii wciąż morduje się chrześcijan, w Korei Północnej dziesiątki tysięcy znajduje się w obozach pracy, w Afganistanie nie ma już kościołów i narasta przemoc ze strony wyznawców islamu, w Somalii chrześcijanie mogą wierzyć w Boga tylko potajemnie, w Sudanie kościoły są burzone, a chrześcijanie prześladowani, w Erytrei się ich aresztuje, w Libii i Iraku narasta wobec nich przemoc, zdarzają się przypadki mordów. Co się dzieje w zachodniej Europie i jak Europę zdominowała lewacka ,,religia”, hadko pisać, poraża również to, co dzieje się w Polsce. Nawet za komuny nie było takich zdziczałych, pełnych nienawiści ataków na kościół i katolików. Niezbyt dobrze się też dzieje w świecie ludzi ,,teatru”, którzy dzisiaj chętniej przygotują Klątwę i Mein Kampf niż Żałobną tragedyję o Męce Pańskiej. Warto o tym pamiętać przed prawdziwą Golgotą… A Święta Wielkiej Nocy tuż, tuż. Ważne by czerpać z ich magicznej mocy. Z radością i pokorą, a także świadomością nieprzewidywalności ludzkiego losu i tego co w niebiosach dla nas zapisane. – Ale czy będzie jutro? – zapytał mnie w przedświątecznym liście autor pięknej książki Opowiadania z Maroka, mój warszawski przyjaciel, Krzysztof Pastuszko. Spieszę więc z życzeniami, niczym ks. Twardowski z miłością do ludzi. Wszystkim zacnym Czytelnikom tej felietonowej strony naszej Parafii, wszystkim przyjaciołom i wrogom, wszystkim bez wyjątku, życzę wspaniałych Świąt Wielkiej Nocy, Świąt magicznych, dodających sił i ukazujących inną perspektywę naszej ziemskiej Drogi oraz jej zwieńczenia. Niech Zmartwychwstały Chrystus daje nam siłę do wszystkich życiowych zmagań, klęsk i zwycięstw. Bądźmy Mu wdzięczni za szansę na metaforyczne ,,JUTRO”…

Andrzej Leja